Nagranie dźwiękowe oraz pełny tekst spikerki Grzegorza z grupy Pomocna Dłoń.

Tytuł spikerki: Kryzysy i postępy na drodze mojego trzeźwienia.

Pełny tekst spikerki:

Oto historia doświadczeń, ukazująca ścieżkę rozwoju. Kierunek znany, a cel…? „Nie jesteś pielgrzymem, tylko samotnym tułaczem.” – Tak określił moje funkcjonowanie wśród ludzi jeden ze znajomych, zanim jeszcze na dobre zacząłem pić. Pielgrzym ma cel, a ja…? – Zobaczycie sami.

   Z perspektywy czasu już na samym początku tej historii dostrzegam, że  kryzys bierze się z nieświadomości, a wola życia i chęć dążenia ku lepszemu rodzi postęp. Udowodnił to mój ostatni kac i trzy podejścia do terapii. W trakcie kaca pojawiło mi się wspomnienie dobrze przeżytych chwil w młodości. „Gdzie to wszystko zniknęło?” – pytałem sam siebie z poczuciem żalu i degradacji. „Czy możliwe, by to odzyskać?”. Potem przyszedł czas na leczenie: dwa podejścia nieudane, trzecie skuteczne, przy czym każde następne było warunkowane poprzednim. Pierwsza terapia minęła mi pod hasłem: „Tak naprawdę nie chcę przestać pić”. Nie miałem przekonania do zaleceń terapeutów i zrozumienia wiedzy o chorobie alkoholowej, a więc nie słuchałem i nie przyswajałem tego, o czym mówili. Nie odnosiłem do siebie słów terapeutów, ponieważ nie traktowałem ich wskazówek w kategorii choroby i nie uznawałem swojej osoby jako alkoholika. Nadal chciałem pić i bawić się, ale bez dotychczasowych konsekwencji. To oczywiście nie wyszło. Po około dwóch latach rozpocząłem drugie leczenie, które odbyło się pod hasłem: „Sam sobie poradzę”. Ponieważ po pierwszej terapii nadal piłem i odczułem skutki picia, słuchałem już tego, co o chorobie alkoholowej mówili specjaliści i sporo wiedzy do mnie dotarło; jednak miałem jeszcze zbyt mało przykrych doświadczeń z alkoholem, bo myślałem: „Przyjmuję do wiadomości to, co słyszę, ale poradzę sobie sam lepszymi sposobami”. Nie były ani lepsze, ani skuteczne, więc trzecią terapię przeszedłem pod hasłem: „Potrzebuję pomocy, a nawet ratunku”. Uświadomiłem sobie, że dotarłem do etapu, na którym pozostał mi tylko jeden wybór: żyć albo pić, a pić oznaczało zwariować albo umrzeć. O mało nie zwariowałem i o mało nie umarłem; dopiero wtedy odczułem, czym jest alkoholizm i dlaczego potrzebuję pomocy. Już nie tylko słuchałem wskazówek terapeutów, ale słyszałem je i bardzo chciałem zastosować, ponieważ zapragnąłem przestać pić i znów żyć normalnie, tak jak żyłem w młodości, gdy mając w sobie sporo twórczej energii, przeżywałem przyjemne chwile i ciekawe zdarzenia. Z początku nie było łatwo: dopadały mnie głody alkoholowe, natrętne myśli o piciu i nawał przykrych emocji, które w trakcie pijanego życia stanowiły uświadomiony pretekst do chlania, a teraz, na trzeźwo, tworzyły nieuświadomioną drogę do picia. Jednak zamiast sięgnąć po alkohol sięgnąłem po pomoc i poszedłem do AA, gdzie ludzie o podobnych problemach pomogli mi przetrwać, rozmawiając ze mną, wożąc mnie samochodem na mityngi i dzieląc się swoim doświadczeniem. Trzeźwiałem i nie byłem już sam, jednak czułem, że oprócz faktu niepicia nic się w moim życiu nie zmieniało. Żebym mógł dalej postępować na drodze trzeźwienia, potrzebowałem przewodnika, więc spróbowałem pracy na programie dwunastu kroków AA z dwoma osobami, z których żadna nie miała o niej głębszego pojęcia.

   Po pięciu miesiącach trzeźwienia podjąłem służbę mandatariusza, czując się w niej jak ryba w wodzie. Regularnie uczestniczyłem w spotkaniach intergrupy, składając z nich obszerne relacje grupie. Robiłem to z dużym i szczerym zaangażowaniem, aż pewnego dnia jeden z jej członków powiedział: „Podchodzisz do zadania serio, dlatego widzę cię w służbie krajowej”. Wkrótce potem na jednym ze spotkań intergrupy usłyszałem od jej rzecznika: „Szybko trafisz do regionu”. Taka prognoza nie mogła pozostać bez echa w umyśle świeżego w służbach człowieka. Przyjąłem ją za dobrą monetę, a dwóch wspomnianych alkoholików nie wykazało się wnikliwością na tyle, by zauważyć, że przepowiadając przyszłość na wyrost pomogą mi tylko i wyłącznie w sztucznym dowartościowaniu samego siebie.

   Po rocznej służbie mandatariusza zostałem rzecznikiem grupy, w której nie było większych zawirowań, więc wszystko przebiegało bez trudu. Jednak po kilku miesiącach zmieniła się moja sytuacja w pracy, nie mogłem uczestniczyć w mityngach tej grupy i musiałem zrezygnować z obowiązków.

   Gdy podjąłem służbę kolportera literatury w intergrupie, okazało się, że jedną z moich motywacji do działania był aktywizm. Nagle dostrzegłem przed sobą możliwości pokazania swoich predyspozycji organizatorskich, więc pakowałem książki w kilka toreb i goniłem z nimi na mityngi, przez co kolportaż zwiększył się nieporównywalnie, jednak w parze z predyspozycjami organizatorskimi szła niska samoocena, wskutek czego wykorzystując umiejętności chciałem pokazać, że nie jestem przegrany i gorszy od innych. Z taką oto kompozycją cech i zamiarów rzuciłem się w wir służb, traktując je jako funkcje i nie rozumiejąc istoty niesienia posłania AA. Deklarowałem służbę wspólnocie, ale służyłem sobie, a raczej swoim złudzeniom; służba kolportera naszej literatury w zestawieniu z pijanym życiem wydawała mi się niemałym osiągnięciem, więc miałem poczucie znaczącej pozycji w AA i przekonanie, że jestem nieomylny w swoich poglądach. Wskutek tego przekonania byłem zamknięty na pomysły inne niż moje i niezdolny do kompromisu, więc działałem w myśl zasady: „Albo się ze mną zgadzacie, albo mamy konflikt”. Po pewnym czasie odkryłem, że mam wiele problemów w relacjach z ludźmi i z samym sobą, i wtedy potraktowałem pracę na programie AA bardzo poważnie. Jako przewodnika w tej pracy wybrałem takiego członka wspólnoty, który nie tylko mówił o programie AA, ale nim żył, za co do dziś jestem mu wdzięczny. Widząc z jego strony autentyczny przykład zaangażowania w realizację programu uznałem, że ten sposób pracy nad sobą jest prawdziwy i ważny. Z entuzjazmem zacząłem go stosować i wkrótce pojawiły się pierwsze efekty. W miarę przebiegu służby, pod wpływem naszej literatury i programu AA, zaczęło we mnie powstawać kolejne przekonanie, że od faktu zauważania mnie przez ludzi i mojej pozycji we wspólnocie ważniejsza jest możliwość zdobywania doświadczeń, dzielenia się nimi i w ten sposób pomagania innym. Takie nastawienie otwierało mnie na współpracę, więc moja służba przebiegała prawidłowo; zachęciłem niemałą liczbę członków AA do czytania naszych pozycji. Chociaż nie wszystko w realizacji programu wspólnoty było łatwe, praca nad sobą dawała mi przyjemność i budziła we mnie ciekawość coraz to nowych odkryć, a one oprócz radości niosły z sobą wyzwanie: coraz wyraźniej wyłaniał mi się obraz mnie samego, jednak inny niż do tej pory – zupełnie nieznany; z tym obrazem musiałem się zmierzyć. Zobaczyłem, jakim jestem człowiekiem, co utrudnia mi relacje z ludźmi i wtedy uświadomiłem sobie, że w wielu przypadkach to, co dotychczas uznawałem za zalety, było moimi wadami.

   Po skończonej dwuletniej kadencji kolportera literatury w intergrupie postanowiłem kandydować do takiej samej służby w regionie. Miałem zielone światło: dobrą opinię, spore efekty, dużo pomysłów na promowanie treści zawartych w naszej literaturze, poparcie dla moich zamiarów oraz radość z perspektywy wykonywania czegoś, co dobrze szło i pomagało innym. Zrezygnowałem jednak na rzecz kandydatury do służby rzecznika intergrupy, ponieważ tam jedyną kandydatką była osoba wykazująca destrukcyjne działania wobec grup ludzi, w których funkcjonowała: skłonność do dominacji, niewielkie umiejętności współpracy i nawyk rozsiewania intryg w przypadku braku poparcia dla swoich pomysłów. Moją rezygnację motywowała obawa o regres w rozwoju intergrupy i konkretne, realne wizje twórczego działania, jakie miałem wobec  tej struktury. Służba w regionie rozwijała, ale wybrałem pomoc intergrupie, kandydowałem i zostałem wybrany. Zaraz potem nastąpił początek mojego największego kryzysu.

   Służba rzecznika intergrupy wymagała ode mnie ścisłej i zgodnej współpracy, tymczasem ja trafiłem na ludzi, którzy również mieli wady, np. wykazywali bezkompromisową postawę, traktując moje działania jako konkurencję; ja z kolei nie umiałem słuchać i patrzeć z dystansu na swoje i ich zachowania. Wrogie nastawienie mojej byłej kontrkandydatki też nie ułatwiało mi działań. Taka sytuacja generowała wzrost nierozwiązanych problemów i w dużej mierze utrudniała, a nawet uniemożliwiała współpracę. Wiedziałem, że i ja, i część moich współsłużebnych, nie mamy umiejętności porozumienia. Jedna z silnych osobowości walczyła o przywództwo, a reszta badała, na ile jest silna i czy nie warto podążyć w jej kierunku. W tej grupie działały już tylko instynkty stadne, a napięcia między nami rosły i rosły. Napięcie we mnie rosło też, aż wreszcie po jednym ze spotkań intergrupy naszła mnie ogromna chęć, by pójść do baru i wypić alkohol. Nie zrobiłem tego, ale zrozumiałem, że mam przed sobą trudny wybór: kontynuować służbę rzecznika intergrupy, uparcie szukając mało prawdopodobnego porozumienia, czy uznać, że dalsza współpraca w takich warunkach poważnie zagraża mojej trzeźwości. Mocno zmagałem się z podjęciem decyzji, aż wreszcie któregoś dnia, zmęczony rozważaniami i wahaniem, poszedłem do kościoła i w atmosferze modlitewnych śpiewów wyznałem Bogu swoją bezsilność: „Boże, co mam zrobić!?” – wołałem całym sercem wiedząc, że w mojej sytuacji jedynie Siła Wyższa, którą uznałem, może mi pomóc. I wtedy usłyszałem łagodny, zachęcający, bardzo wyraźny głos: „Zostaw to, odpuść”. Poddałem się, odpuściłem i oddałem służbę rzecznika intergrupy rozumiejąc, że rezygnacja nie jest moją porażką, tylko ochroną samego siebie, do której mam prawo.

   W taki oto sposób przestałem koordynować prace intergrupy, ale nie straciłem z nią kontaktu, uczestnicząc w spotkaniach jako mandatariusz jednej z grup. Z tego miejsca mogłem pozwolić sobie na większy dystans i zobaczyłem, że więcej uwagi poświęcamy sprawom organizacyjnym niż zdrowieniu. Moje spostrzeżenie potwierdziło się, gdy na jednym z warsztatów intergrupy spróbowaliśmy narysować środkową część naszego symbolu, czyli trójkąt równoboczny, oznaczający trzy legaty AA i ich wzajemne proporcje. Poprosiłem, aby zgłosiły się osoby, pracujące na programie AA z pomocnikiem, czyli tzw. sponsorem. Było ich 6, więc narysowałem sześciocentymetrowy bok trójkąta, symbolizujący zdrowienie. Następnie zaproponowałem, aby podniosły rękę osoby aktualnie służące we wspólnocie. Było ich 16, więc narysowałem szesnastocentymetrowy bok trójkąta, symbolizujący służbę. Już na pierwszy rzut oka było widać, że żadnym sposobem nie da się wiernie odtworzyć środkowej części symbolu AA, czyli nie narysujemy trójkąta równobocznego, w którym wszystkie boki równe i wszystkie kąty równe oznaczają równorzędność zdrowienia, jedności i służby. W przypadku naszego warsztatowego trójkąta długość boku symbolizującego jedność zależała od kąta, jaki zachowamy między bokiem oznaczającym zdrowienie a bokiem oznaczającym służbę. Jeśli przy tak nierównych bokach tego trójkąta zachowalibyśmy kąt 60° – trójkąt nie zamknąłby się i nie utworzył środkowej części naszego symbolu. Gdy na rysunku powstał jego karykaturalny obraz, zobaczyłem również karykaturę wspólnoty, którą stworzyły dysproporcje między trzema legatami AA; jednak większość służebnych nie podzielała takich spostrzeżeń. Wkrótce nasze sposoby patrzenia na AA miały się różnić jeszcze bardziej. Tymczasem kryzys narastał niemal niezauważalnie.

   W tydzień od zdarzenia z trójkątem, tym razem już oficjalnie, na konferencji regionu AA, kandydowałem do służby kolportera literatury. Podjąłem taką decyzję, ponieważ w intergrupie ta służba przebiegała prawidłowo i dawała dobre efekty. Cieszyłem się, że tu, w regionie, będę miał okazję współpracować z osobami mającymi wiedzę i doświadczenie w służbach, a więc rozsądnymi. Gdzieś w głębi mnie tlił się płomyk nadziei, że razem zrobimy coś pożytecznego, ale radość i nadzieja szybko minęły. Gdy wykazałem niezgodność projektu zmian w zasadach pracy regionu z koncepcjami AA, usłyszałem od zaawansowanego w służbach człowieka, że nie wszystkie zasady musimy stosować i dokładnie się ich trzymać. Wtedy zadałem sobie pytanie: „W takim razie po co one istnieją, skoro są łamane?”. Na sali nikt nie zareagował, a atmosfera tchnęła czymś w rodzaju wrogości, więc zdziwiłem się. Martwa cisza spowodowała, że i we mnie coś umarło; utraciłem cały dotychczasowy obraz spójnego AA formułując prostą myśl: „Nie potrafię funkcjonować wśród ludzi, którzy nie postępują uczciwie”. Potem, gdy przy wyborze do służb wzięto pod uwagę tylko i wyłącznie moją rezygnację z służby rzecznika intergrupy, nie bacząc na jej przyczyny, wrogość było już słychać wyraźnie w tonie głosów ludzi zadających mi pytania o tę służbę. Zdziwienie we mnie wzrosło i znów sformułowałem prostą myśl: „Nie potrafię funkcjonować wśród ludzi, którzy przejawiają agresję, jednocząc się wokół wspólnego wroga”. Wtedy wreszcie zrozumiałem, jak bardzo przeszacowałem poziom służb i wyidealizowałem służebnych regionu. Widząc w nich autorytety zapomniałem o drugiej tradycji wspólnoty, która mówi, że oni są tylko zaufanymi sługami, a autorytetem jest Siła Wyższa, rozpoznawalna w zbiorowym sumieniu danej grupy lub struktury AA. Stało się tak, ponieważ gdzieś w głębi mnie mocno został zakorzeniony hierarchiczny schemat oszacowywania funkcji: im bardziej zaawansowane zadania, tym wyższa funkcja, im wyższa funkcja, tym większy autorytet; tymczasem w AA jest akurat odwrotnie. To wszystko oznaczało, że za pomocą nieuświadomionego, błędnego myślenia rozczarowałem i oszukałem sam siebie. Zobaczyłem, jak bardzo minąłem się z rzeczywistym obrazem aktualnego stanu wspólnoty i wtedy uznałem, że jeśli zasady funkcjonowania AA są interpretowane dowolnie, wspólnota przestaje być spójna, a skoro tak, to nie ma w niej dla mnie miejsca. Zrozumiałem też, że nie jestem już w stanie funkcjonować w strukturach AA w sposób godny i pożyteczny dla nas wszystkich. Wtedy kryzys pogłębił się jeszcze bardziej.

   Przez półtora roku tylko cztery razy uczestniczyłem w mityngach, poza którymi nawiązywałem kontakty wyłącznie z pojedynczymi alkoholikami. Po pewnym czasie okazało się, że ten kryzys zapoczątkował zarówno postęp jak i regres. Z jednej strony miejsce wzmożonej aktywności w AA zajęła praca nad sobą w sferach wymagających nadrobienia zaległości: podniosłem poziom swojego wykształcenia, zbudowałem lepsze relacje z ludźmi w pracy, zyskałem czas, by pobyć w domu i posłuchać samego siebie, pójść do kina, pochodzić po mieście, odwiedzić dobre kawiarnie i restauracje i cieszyć się życiem, którego jakość znacznie wzrosła. Z drugiej strony przerwa w ścisłym kontakcie z AA spowodowała osłabienie tożsamości człowieka uzależnionego; ujawniło się coś, co wymagało dokładnego dopracowania. Wszystkiemu początek dały słowa Billa: „Alkohol jest tylko skutkiem, a nie przyczyną naszych nieszczęść”. „Jak to możliwe?” – myślałem. „Głody alkoholowe dawno zniknęły, myśli o piciu też, więc na czym miałyby polegać przyczyny moich nieszczęść?” – Długo nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Dopiero doświadczenia innych alkoholików i praca na programie dwunastu kroków AA pozwoliły mi odkryć zahamowania, ograniczenia i nieśmiałość w kontaktach intymnych i zrozumieć, że alkohol tylko likwidował te bariery. Dotarłem więc do przyczyny moich nieszczęść, ale okazało się, że nie była ona pierwotna i jedyna. Po rocznym okresie braku kontaktu z AA opadła już we mnie ta energia życiowa, którą w niemałym stopniu dawała aktywność we wspólnocie. Odczuwałem brak wsparcia ze strony innych ludzi. Doszły problemy rodzinne i związane z nimi napięcia. Wrócił ból istnienia i pytanie: „Po co żyć?”. Do tego dołączyła się nieuświadomiona przyczyna zahamowań w kontaktach intymnych, ogólne poczucie braku radości życia i skumulowana potrzeba rozrywki, której nie miałem od kilku lat, zajęty bardziej sprawami organizacyjnymi wspólnoty niż sobą. To wszystko pociągnęło mnie na samo dno mojego największego kryzysu. Pewnego dnia, po siedmiu latach trzeźwienia, coś zaczęło nosić mnie po mieście. Zdałem sobie sprawę z faktu, że dawno nigdzie się nie bawiłem, więc zapragnąłem poszukać przygód. Żeby sobie to ułatwić, poszedłem na żywioł i sięgnąłem po inne niż alkohol środki zmieniające stan umysłu, rozpoczynając cały łańcuch zachowań prawie bez udziału uporządkowanych decyzji i świadomości ich konsekwencji. Wróciła sytuacja z przeszłości, kiedy to zapragnąłem rozluźnienia. Tym razem jednak użyłem środków mocniejszych niż alkohol. Dlaczego? – Ponieważ nie zlikwidowałem pierwotnej przyczyny moich zahamowań i nie nauczyłem się przeżywać przygód na trzeźwo, a wszystkie napięcia i poczucie braku radości życia załatwiły resztę.

   W ten właśnie sposób sytuacja kryzysowa zrodziła początek postępu – motywacje do dalszego ciągu pracy nad sobą i odkrycie, że taka praca jest konieczna. Chciałem rozwoju, więc dzięki samoanalizie dotarłem do pierwotnej przyczyny moich zahamowań w kontaktach intymnych. Co teraz jeszcze mogę zrobić? – Znaleźć dobrego pomocnika w pracy na programie, wypracować nowe wzorce zachowań, wykluczające potrzebę zmiany stanu świadomości i wdrożyć je w życie. To będzie dalszy ciąg postępu. „Stosowanie półśrodków nic nam nie dało; znajdowaliśmy się nadal w punkcie wyjściowym” – mówił Bill. Pozostaje więc tylko dopracować to, co do tej pory pominąłem lub zrobiłem niedokładnie. Tymczasem inny niż w AA rodzaj aktywności, upływ czasu, wielokrotne analizowanie swoich postaw na tle przeszłych wydarzeń oraz zdobyte doświadczenia spowodowały we mnie zdrowszy dystans do wspólnoty. Zrozumiałem i poczułem, że mimo utraty obrazu spójnego AA nie przestałem być alkoholikiem. Potrzebowałem innych alkoholików, więc stopniowo wróciłem do regularnego uczestnictwa w mityngach, by nie zapomnieć, kim jestem i umożliwić wymianę doświadczeń, konieczną do pracy nad sobą. Skupiłem się właśnie na tej wymianie, a nie na poprzednich relacjach nacechowanych urazami, dzięki czemu zdałem sobie sprawę, że niedostatecznie pracując na programie popełniłem częsty we wspólnocie błąd zwany dwukrokiem: uznałem bezsilność wobec alkoholu i od razu zapragnąłem nieść pomoc innym alkoholikom poprzez służbę, czyli zaraz po pierwszym kroku chciałem zrobić dwunasty. Uświadomiłem sobie także niełatwą dla mnie do przyjęcia prawdę, którą wypowiedział Bill: „Nie możesz dać drugiemu człowiekowi czegoś, czego sam nie posiadasz”. Gdzie miałem braki? – W pewności i spokoju wyrażania moich odczuć i poglądów wobec osób przejawiających agresję zamiast zdolności do formułowania rzeczowych argumentów w dyskusjach. Czego mi brakowało? – Dystansu do samego siebie, współpracujących ze mną ludzi i zajmujących nas spraw. Skąd takie braki? – Z mojej zależności emocjonalnej od stosunku otoczenia do mnie: jeśli ktoś wyrażał wobec mnie niechęć, czułem się nieakceptowany, jeśli ktoś mnie oskarżał, Czułem się pognębiony i stłamszony, bo nie umiałem wyrazić niezgody na oskarżenie, tymczasem ludzie oskarżali nadal. To wszystko znaczyło, że przejmowałem cudze emocje jako własne, zamiast reagować na otoczenie zgodnie z tym, co myślę i czuję. Takie braki musiały się ujawnić, ponieważ dwukrok nie mógł ugruntować we mnie ani pewności, ani spokoju, ani dystansu, natomiast doświadczenia w pracy nad problemem umożliwiły mi dojście do wniosku, że jeśli ktoś mnie oskarża, badam, czy jestem winny, jeśli nie, samo oskarżenie stanowi sprawę tylko i wyłącznie oskarżającego, który ma prawo być taki, jaki jest, ponieważ jego zachowania, podobnie jak moje, zostały uwarunkowane wcześniejszymi doświadczeniami. Zrozumiawszy to, wyszedłem ponad swoje wyobrażenia i oczekiwania wobec drugiego człowieka i dopiero w takiej postawie mogłem odnieść się do niego z akceptacją, a wtedy i on odnosił się do mnie z akceptacją; tak było w pracy. To Doświadczenie i odkrycie przeniosłem również na grunt AA i tym sposobem pomogłem sobie w osiągnięciu prawidłowego dystansu do wspólnoty.

   Dzięki wszystkim powyższym doświadczeniom i wnioskom pośrednim zaczął się we mnie budować nowy, rzeczywisty obraz AA i nowa, o wiele bardziej ugruntowana tożsamość człowieka uzależnionego, nieporównywalnie bogatszego o następujące wnioski końcowe: mniej aktywizmu, więcej pracy na programie, mniej nieświadomego doświadczania, więcej samoanalizy; wtedy znika dysproporcja między zdrowieniem a służbą, a w jej miejsce pojawia się szansa wychwycenia, od czego tak naprawdę zależy nasilenie kryzysów oraz one same.

„Musiałem upaść na samo dno, by mieć od czego się odbić” – mówiło wielu alkoholików o swojej drodze trzeźwienia.

„Musiałem doświadczyć skutków błędnego myślenia, aby zmienić jego sposób” – mówiło kilku alkoholików na drodze trzeźwości.

Idę, a na obydwu tych drogach siłę do wędrówki daje wola życia. Idę, a ona sprawia, że podnoszę się z upadków mocniejszy. Idę spokojnie i rozważnie, równym tempem, aby sił wystarczyło mi do celu. Idę z tymi, którzy dążą do wolności od błędnych przyzwyczajeń i cieszą się z wspólnego sukcesu. Sprzyja nam coraz większa świadomość, że można żyć lepiej i lepiej, o wiele lepiej. Idę jako pielgrzym czy tułacz? – Rozstrzygnijcie sami.

Grzegorz , grupa AA „Pomocna dłoń”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s